Cienia się boisz?!

23 kwietnia, 2018 - autor: lilithline

O ludziach bardzo lękliwych mówi się, że się boją własnego cienia. Może nie wiedzą, że w cieniu dojrzewają też uczucia i myśli cudowne, twórcze, wspierające i niezbędne do harmonijnego funkcjonowania i chaotycznego tańca destrukcji? Oraz, że chaos i destrukcja smakują najlepiej na świecie – kiedy trzeba zburzyć stare, które ogranicza nowe. Nowe zaś wzrasta nieustannie. I na nic opór przed zmianami.

Kolejny taki miesiąc

Kolejny miesiąc intensywnych zmian we mnie, które przekładają się na małe-wielkie zmiany w świecie. Zwłaszcza w sposobie mojej komunikacji ze światem. Daję sobie czas. Potrafię już usiąść na emocji i wysiedzieć to, co niesie w darze. Tam, gdzie dotąd uciekałam – potrafię zostać i zobaczyć. Od kilku miesięcy, spoglądając na emocjonalne pobojowiska kolejnych PMS-ów i zerowy stan umysłu pierwszych dni okresu, dochodzę do podobnych wniosków: że się działo i że gorzej już być nie może… Oraz, że teraz jest zdecydowanie lepiej! Bo coś pękło, wykluło się i wyfrunęło.

17 kwietnia, który był dla mnie wyjątkowo trudnym, pełnym napięć dniem (i skoro nie łączył się z PMS, to z czym?) zobaczyłam na Facebooku Moonset Story taki wpis: Dziś rano Chiron po 7 latach pobytu w Rybach przeszedł do Barana. Czułam tę zmianę na własnej skórze i zrozumiałam, o czym były minione lata. Poczułam też ochotę na nowe, zwłaszcza że temat ambicji i jawnego działania dobijał się do mnie już od jakiegoś czasu, może nawet od roku (najczęściej pod postacią złości i szukania negatywności w tym, co jest) – zapowiadając nowy kierunek: Chiron w Baranie będzie działał bardziej wprost, jak coś nas będzie boleć, to będziemy dobrze wiedzieć co nas boli. Uzdrawiana będzie rana związana z naszym prawem do życia, do bycia sobą i działania po swojemu, wzorce związane z wyrażaniem gniewu i asertywnością.

7 lat Chirona

Chiron w Rybach przez ostatnie 7 lat kontaktował nas z ranami na poziomie ducha, co mogło się przejawić jako czas spłacania karmicznych czy innych duchowych zobowiązań, czasem wręcz czas życia w jakieś osobistej mitologii, która tłumaczyła nasze cierpienie, a nawet gloryfikowała je. Uzdrawiany był wzorzec ofiary, cierpienia, poświęcenia, poczucia oddzielenia – pisze Maria i zaprasza do lektury dłuższych artykułów na blogu.

Patrząc na minione miesiące widzę, że grudnie były trudne, styczeń trochę zawieszony, luty w bólu psycho-fizycznym i psychogenealogii, marzec o złości i miłości, kwiecień zaś o zrozumieniu cyklu Persefony. Zima tego roku była zdecydowanie długa (i nie mam na myśli hiszpańskiej pogody, tylko astronomiczne i astrologiczne rewelacje)! Ulgę związaną z jej przyjściem i wejściem w nowe, poczułam dopiero około 15 kwietnia, wraz z nowiem w Baranie.

Dużo o planetach… – nie przesadzasz? Pytanie to pada czasami w mojej obecności, innym razem w moim wnętrzu. Nie czuję, żebym przesadzała. Uczę się ufać mojemu ciału, obserwować co jest i to nazywać. Nawet jeśli niewygodnie. Wiem też, że to co przez ostatnich kilka lat było trudne (najpierw nieświadomie trudne, od 2015 zaś coraz bardziej świadome i trudne na nowym poziomie), teraz owocuje w dni niezwykle klarowne i jasne. W pewność siebie i poczucie własnej wartości płynące z wnętrza – nie zaś z zewnętrznych komentarzy. Zewnętrzne komentarze zaś uczę się na powrót słyszeć jako czyjeś niezaspokojone potrzeby. I jest we mnie luz, że mogę (lecz wcale nie muszę!) pomóc. Końcówka kwietnia jest o powrocie NVC.

Asertywność, czyli po prostu bądź

Mam szczęście bycia wśród wiedźm, które nie tylko oswoiły, lecz prawdziwie pokochały swój cień – siebie w całości. Uczę się być z nimi w dni, kiedy fala negatywności zalewa je po czubki głów, uczę się też mówić nie – kiedy nie stać mnie na empatię i nie mam ochoty słuchać o czyimś procesie. Potrzebuję zaś auto-empatii i kogoś, kto słucha sercem. Uczę się pytać o taką obecność, mówić o potrzebach i słuchać własnych potrzeb naprawdę – bez komentarzy w stylu: Znowu? Streszczaj się! Trochę przesadzasz!

Temat dostrzegania własnej negatywności (zwłaszcza auto-negatywności!) ma teraz we mnie czas i przestrzeń. Wcześniej chciałam myśleć wyłącznie pozytywnie i twierdziłam, że nie mam cienia. Teraz uczę się widzieć, co ten „cień” ma do zaoferowania. I dlaczego umieściłam tam  naprawdę dobre pomysły i postawy.

ZNÓW PRACA Z CIENIEM?!

Tak! Bo zauważam, że oprócz rzeczy „złych” w cień odsunęłam też te „dobre”. Chcę zrozumieć, czemu je przed sobą i przed światem chowam. I chcę przestać je (więc siebie) etykietkować.

Czuję, że czas najbliższych miesięcy będzie pracą w cieniu drzew i w świetle przybywającego księżyca – we własnym łóżku. Metafory wykluwania pojawiały się dziś nie przypadkiem. Kończę tym, od czego mogłam też zacząć ab ovo, czyli jajkiem – huevo obsidiana.  O którym napiszę wkrótce…

 

%d blogerów lubi to: